środa, 24 sierpnia 2011

Czas (Księżyc w nowiu)

- Biegnij, byle szybko.- usłyszałam jeszcze kiedy zdesperowana zamykałam w pośpiechu drzwi żółtego Porsche. Alice pojechała dalej, a ja zostałam sama, by znaleźć w tym ogromnym tłumie ludzi mojego ukochanego i pokazać mu, że żyję. Brzmiało to bardzo niedorzecznie, ale za nic w świecie nie pozwoliłabym mu zabić się z poczucia winy. Prawda była taka, ze teraz byłam sama pośród tysiąca Włochów i Włoszek idących na święto św. Marka. Nie znałam języka. Plac, muszę dotrzeć na plac. Powtarzałam w myślach moją mantrę, przebiegając i mijając przez wąskie uliczki i korytarzyki. Wydawało mi się ich nieskończenie wiele, może nawet dziesiątki, ale to pewnie przez to, że straciłam rachubę. Zaczęłam się denerwować. Setne sekund zamieniały się w sekundy, a te nieubłaganie tworzyły mijające minuty. Motałam się po ulicach Volterry, próbując znaleźć plac o którym wspominała Alice. Plac, plac, jak on się nazywał?! Cholera, mruknęłam, ale bardziej z rozpaczy niż ze złości. Czyli nawaliłam. Jak zawsze zresztą. Zaczęłam truchtem mijać kolejną uliczkę i kolejną, beznamiętnie spoglądając na innych. Nie rozglądałam się już za siebie, bo to nie miało sensu. Tak czy siak, nie znalazłabym placu. Poczułam, że łzy cisną mi się do oczu. Nagle oprzytomniałam.
-Oh!- wyrwało mi się. Przechodząc przez setny korytarzyk trafiłam na jakiś plac. Nie byłam pewna, czy to był ten, ale bardzo mi się spodobał. Kwadratowy, z czterech boków wychodziły właśnie te korytarzyki, którymi tutaj wyszłam. Na wprost mnie stała okazała wieża zegarowa. Zaczęłam rozpaczliwie przeszukiwać tłum ludzi wzrokiem, próbując uchwycić Edwarda. Zegar bezlitośnie ukazywał 11:58. Postanowiłam przebiec cały plac. Gorący, śródziemnomorski klimat nie za bardzo ułatwiał sprawy. Ale zaczęłam biec. Wpadłam na ludzi, bezustannie ich popychając. Nie chciałam myśleć czego mi życzą. Zresztą miałam to gdzieś. Nie to było mi w głowie. Myślałam tylko o nim. Nadzieja, że kiedyś go jeszcze zobaczę wzrasta we mnie z każdą sekundą, z każdym kolejnym krokiem, który wykonywałam. Tak bardzo się cieszyłam na tą myśl, lecz teraz, kiedy tak biegłam, moja kondycja zaczęła się wyczerpywać. Zaczęły mnie opuszczać moje siły, i dlatego zwolniałam, przechodząc w trucht. Byłam już wyczerpana sprintem, nerwami, wszystkim co mnie otaczało i wpływało na moją psychikę. Gdy tak sobie rozmyślałam, zegar wybił dwunastą. Serce przyśpieszyło, poczułam, że żołądek skręca mi się z nerwów. Wytrzeszczyłam oczy. Za późno. Zdałam sobie sprawę, z tego, że stoi przede mną fontanna, i nie mogę dalej biec. Choć było już za późno, mimo tego, że nie było we mnie ani krzty sił, chciałam dalej kontynuować to co zaczęłam. Fontanna była ogromna, obejście jej zabrało by mi o wiele więcej czasu niż przecięcie jej po średnicy. Wskoczyłam do niej, woda nie była taka zimna. Zamoczyłam się zresztą tylko po kolana. Kilka susów i od razu byłam po przeciwległej stronie.  To był dobry pomysł. Z dwóch powodów. Pierwszy, rzecz jasna to ten, że zajęło mi to bardzo mało czasu. Drugi: z kolejnego korytarzyka właśnie ktoś wychodził. Doznałam olśnienia. Krew zaczęłam szybciej krążyć  żyłach, a po plecach przeszedł dreszcz. To on. Nareszcie go znalazłam. Stał tam. Moje kochanie, mój grecki bóg, w którym tak bardzo byłam zakochana. Wszystko nabrało życia i kolorów.
- Edward! – krzyknęłam, ale co z tego; i tak mnie nie słyszał. – Edward!!!
Co ja wyprawiałam? Przecież nie przekrzyczę całego tłumu. Ostatni raz.
- EDWARD!!! – Brakło mi tchu. Zaczęłam biec. Musiałam przebiec te kilkanaście metrów. Na krzyczenie był czas potem. Kiedy zostanę sama. Kiedy nikt mnie nie będzie widział ani słyszał. Kiedy wreszcie przyłożę poduszkę do twarzy, a z oczu polecą pierwsze łzy. Przed oczami miałam taką wizję. Oni wyjadą. Otrząsnęłam się. Moje zamartwianie się dobiegło końca.  Rzuciłam się na szyję Edwardowi. Myślałam wciąż o wizji. Wiedziałam, że to mnie czeka. A przed nią wzburzony Charlie z pretensjami. Zaczęłam mocniej przytulać się do niego. Serce przyspieszyło, a dłonie zaczęły się pocić.
- Boże, jestem w Niebie. Szybko się uwinęli, nawet nic nie poczułem. – szeptał mi do ucha. Jego słowa odbijały się echem w mojej głowie. Jestem w Niebie. Miał taki wspaniały głos. Miękki, stanowczy, tak bardzo ujmujący. Szybko się uwinęli, szybko się uwinęli. Zaraz, o co mu chodziło? Szybko się uwinęli. Boże! On myślał, że nie żyje, że Volturi go zabili. Jestem w Niebie. Tak, z pewnością myślał, że go zabili.
 – Otwórz oczy, my żyjemy. Otwórz oczy! –byłam zdenerwowana. Tak długo go nie widziałam, tak bardzo chciałam go zobaczyć, ale teraz jak najszybciej pragnęłam mieć go z głowy. – Hej! Otwórz oczy, spójrz na mnie. Żyję, nie zabiłam się. Spójrz na mnie, wiedz, że żyję i sam nie próbuj się zabijać.
- odetchnęłam. Jeszcze te dwa słowa. – Możesz odejść.
Wreszcie! Za chwilę zostanę sama. Jeszcze tylko chwila, powtarzałam w myślach. Jednak sowa ,,możesz odjeść’’ dużo mnie kosztowały. Przez oczami stanęły mi cztery miesiące kolejnej agonii. Zapewne jeszcze nie raz musiałabym przez to przechodzić. Nie miałam już siły stanąć w pojedynkę z moją nową przyszłością. Więcej tego nie zniosę. Nie wytrzymam. Komu miałabym się zwierzyć i wypłakać? Zacznę obmyślać plan, pomyślałam. Plan, jak by się tu lekko uszkodzić, może pokaleczyć. Przez głowę przebiegało mi tysiące myśli i pomysłów. Żaden nie był dostatecznie dobry. Chciałam, żeby każdy w Forks po moim występku miał choć mgliste pojęcie o tym przez co przeszłam i jak cierpiałam. Nagle coś rozproszyło moją uwagę. Przecież to niemożliwe. Przecież… Tak, jednak to nie był sen. Na moich plecach poczułam dłonie Edwarda, które tuliły mnie mocno do siebie.
- Bello, - gdy wypowiadał moje imię mimowolnie drgnęłam. – Jedyny powód mojego wyjazdu to byłaś ty. Chciałem dać ci szansę na normalnie, ludzkie życie. To, że cię nie kocham, to był absurd. Kłamałem, a ty najzwyczajniej uwierzyłaś. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, ty po prostu uwierzyłaś że cię nie kocham. Tyle razy obiecywałem, że cię nie zostawię, że będę z tobą na zawsze, że cie kocham, a ty …- westchnął tylko, kręcąc z dezaprobatą głową. Delikatnie mnie pocałował. Tak dawno nie czułam zimnych, marmurowych warg na moich ustach. Wszystkie elementy skomplikowanej układanki, której nie byłam w stanie rozwiązać przez kilkanaście tygodni, nagle sama się ułożyła. Wszystko pasowało, każdy element. A najbardziej podobał mi się taki: Edward mnie kocha.

2 komentarze: