piątek, 23 września 2011

Kości, część 3

Ostatnia część tego opowiadania. Potraktujmy to jako naszą zgodę, dobrze Bello? ;**
Stał oparty o maskę samochodu, wyraźnie zaniepokojony. Musiał o czymś intensywnie myśleć, bo dopiero po kilku sekundach Musiał o czymś intensywnie myśleć, bo ocknął się dopiero po kilku sekundach i spojrzał na mnie. Biegłam do niego, aby jak najszybciej usłyszę jego głos.
- Bella, co ci stało?
- Złamałam rękę. Zawieziesz mnie do Carlisle’a?
- Oczywiście zaraz podjedziemy. Ale teraz rozprawię się z kundlem.
Nie wiedziałam skąd się dowiedział, ale z drugiej strony, to dobrze, że nie musiałam mu wszystkiego tłumaczyć.
- Te, wilk! – krzyknął w stronę Jacoba, który zaparkował obok volvo. Właśnie wysiadał. Odszedł od furgonetki i z obojętną miną spojrzał na Edwarda. – Nie zabiję cię z dwóch powodów. Bella wpadłaby w depresję, a ja miałbym cię na sumieniu. Ale wiedz, że jeśli kiedykolwiek odwieziesz ją do domu ranną lub kontuzjowaną, następnego dnia i przez cały następny rok nie ruszysz się z łóżka. – Jacob uśmiechnął się pogardliwie. No tak, wszystko się na nim błyskawicznie goiło. Edward chyba o tym nie wiedział. – Biorę pod uwagę te twoje wilcze geny. – a jednak! Jacobowie zrzedła mina. Teraz to on się uśmiechnął.
- Von do lasu! Mamy poważniejsze sprawy na głowie. I oddaj kluczyki  od furgonetki.- Są w stacyjce. – Jake wyraźnie posmutniał. – Bella, naprawdę mi przykro, że tak się załatwiłaś. Przyjedź jeszcze kiedyś.
To mówiąc odwrócił się na pięcie i pobiegł truchtem do La Push. Edward pokiwał głową i wsiadł do auta.
-  Przepraszam, że pozwoliłem ci ta pojechać. – powiedział i spojrzał mi w oczy. – Bello, nie powinnaś już tam jeździć.
- To nie twoja wina. A teraz proszę jeźdźmy, bo ręka daje mi się we znaki.
- Dobrze, za chwilę będziemy w domu. Jeśli chcesz, możesz ją przyłożyć do mnie. Przyniesie ci ulgę. Nie będzie tak bolało. – uśmiechnął się delikatnie. A ja posłusznie przyłożyłam moją złamaną kończynę. Rzeczywiście, po paru chwilach poczułam, że ból zelżał. Jadąc drogą cały czas miałam wrażenie, że przygląda nam się jakieś zwierzę. Był nim z pewnością wilk.

wtorek, 20 września 2011

Kości, część 2

- Słucham. – odpowiedziałam. Byłam już pewna o czym chce ze mną pogadać. Wiedziałam do czego zmierza. Od dawna już spodziewałam się, że taki moment nadejdzie. Chciałam mieć to już za sobą. Zdawałam sobie sprawę, że bardzo go raniłam. – O czym chcesz rozmawiać?
- Ja… - zawahał się. – muszę się dowiedzieć czy, czy macie już ustalony termin? – pod koniec zdania mówił już bardzo cicho.
- Tak, mamy. Koniec roku szkolnego, który dobiegł końca, środek wakacji. Ja, w przeciwieństwie do niego mówiłam spojonym i opanowanym tonem. Nie miałam ochoty się z nim żegnać. Nie wiedziałabym wówczas kiedy znowu się zobaczymy. Westchnął.
- Bello, skoro tylko jeszcze miesiąc jest nam dany, to dopóki bije w tobie serca, dopóty będę o ciebie walczył. Mniej więcej to właśnie miałem ci do przekazania. To i coś jeszcze.
- Jake…- zaczęłam, ale mi przerwał. Wziął mnie pod brodę. Jego ręce były takie ciepłe. Jak mu nie było gorąco w takim ciele? Na twarz wystąpiły mi kropelki potu.
- Bello, jestem w tobie zakochany. Kocham cię i proszę. Nie zmieniaj się. Chcę żebyś wybrała mnie zamiast tego krwiopijcy.
- Edwarda.- wtrąciłam.
- Jak zwał tak zwał, on zawsze pozostanie wstrętną pijawką. Ale Bella, pomyśl jak by to fajnie było jakbyśmy byli razem. Wszyscy byliby szczęśliwi. I ja, i Charlie, i Sam.
- Jacob, ale wtedy ja nie będę szczęśliwa. Jestem zakochana w Edwardzie. – idiotka! Dlaczego mu to powiedziałam? Będzie jeszcze bardziej cierpiał. Przez moją głupotę. Ale mówiłam dalej. – Zawsze był tylko on i wybiorę jego. To całe moje życie. Choćby nie wiem co.
- Będę walczył o ciebie, nawet jakbym z góry był skazany na porażkę. Wiem, że ty też kochasz. Jestem pewnie, że jakaś część ciebie pragnie mnie tak samo, jak ja ciebie.
Nareszcie skończył. Był takie uparty. Chciałam żeby spoważniał i dał sobie spokój z tą miłością. Chciałam znów Jacoba – nastolatka, który niczego nie komplikuje, który zawsze się uśmiechał i był zadowolony z życia. Wziął głęboki oddech. Myślałam, że chciał się uspokoić, ale miał inne plany. Złapał mnie za szyję jedną ręką, przechylając lekko do tyłu, a drugą wpiął mi się we włosy, by znaleźć się bliżej. Poczułam jego gorąco oddech na swoich ustach. Zaczął całować. Nie wiem, czy kiedykolwiek to wcześniej robił, ale był bardzo pewny siebie, za bardzo jak na pierwszy raz. Okładałam do pięściami po ramionach i barkach, ale na pewno nic nie poczuł. Zaczęłam się wiercić w miejscu. Mimo wszystko chciałam dać mu do zrozumienia, że jestem przeciwna temu, co ze mną wyprawia. Przybrał na sile. Robiło się już brutalnie. Rozbestwił się jeszcze bardziej. Poczułam po raz kolejny przyspieszony oddech. Zaczęłam się już niecierpliwić. Ile można? Gdzie ten czas, który tak szybko leciał?! Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Po prostu się wyłączę, pomyślałam. Zwiesiłam ręce, rozluźniłam się na tyle, by móc tylko ustać w miejscu. Podziałało. Jake się odsunął i przyjrzał mi się z uwagą. Pocałował mnie jeszcze raz –krótko, szybko, tylko raz. Zaśmiał się cicho i przymknął oczy. Teraz jest odpowiedni moment, pomyślałam. Zamachnęłam się potężnie i z rozmachem uderzyłam Jacoba . Celowałam w policzek, ale trafiłam w nos. Chrup. Świetnie, złamałam mu nos. Ale zaraz poczułam okropny ból w dłoni. To jego powinno boleć, a nie mnie. Popłakałam się szybko, bo wszystko zrozumiałam. O nie, złamałam sobie rękę.
- Au, auć, boli. – krzyczałam, bo naprawdę bolało, nie powiem.
- Bella, co się dzieje? Boli cię ręka? Może przez to, że się tak szarpałaś. Pokaż, obejrzę ją. – był na tyle chamski, że po tym pocałunku odzywał się jak gdyby nigdy nic.
-  Nie, nie dam ci jej. Idę do domu, kundlu. Łapy przy sobie – dodałam groźnie, widząc, że się zbliża.
- Odwiozę cię do domu. No chodź.
Wiedział, że się waham. Do granicy było tylko kilka kilometrów, ale moja furgonetka wyglądała zachęcająco. Ręka dawała o sobie znać.
- Dobra, ale wiedz, że cię nienawidzę. Jak mogłeś mi to zrobić?
- Nie, udawaj. Tobie też się podobało.
Doszliśmy już do furgonetki. Otworzył mi drzwi od strony pasażera. Chciałam prowadzić, ale wsiadłam, bo ból coraz bardziej przybierał na sile. Jacob wsiadł do samochodu, wesoło pogwizdując.
- Bella, jeśli jeszcze będzie chciała mnie zaatakować, najpierw idź do sklepu i kup łom albo jakiś kij. – doradził mi.
- A zobaczysz, że tak zrobię. Co ci w ogóle strzeliło do głowy?- zaczęłam wyrzucać z siebie pojedyncze słowa. – Natychmiast wieź mnie do domu.
- Przecież jedziemy. Uspokój się, wiem, że ci się podobało. Pod koniec oddałaś się przyjemności. – jego bezczelność nie znała granic.
- Eh, i tak dopasujesz wszystko do własnej wersji wydarzeń. Nienawidzę cię.
- To nawet dobrze.
- Nawet dobrze? Nic mi się nie podobało! Cholera jasna, jesteś chamski i bezczelny. Co ty sobie myślisz? Edward ci tego nie daruje. Zobaczysz jak cię urządzi. – byłam żałosna z tymi obietnicami, ale mój gniew przeobraził się w coś na kształt bezsilności wymieszanej z rozpaczliwą złością. Zamilkłam. Nie miałam ochoty z nim dłużej gadać. Najpierw mówi, że wolałby żebym umarła, a teraz mnie całował. Jak mogłam być taka głupia i tu przyjechać?! Chciałam jak najszybciej znaleźć się przy Edwardzie. Zjechaliśmy właśnie z szosy na drogę. Jeszcze kilkanaście minut, powtarzam w myślach. Gdzieś tu musiała być granica, bo za zakrętem ukazało nam się srebrne volvo. Czyli Edward po mnie przyjechał. Jaką niesamowitą ulgę poczułam, kiedy go zobaczyłam. Dopiero teraz dotarło jak bardzo go pragnę i jak bardzo jestem od niego uzależniona.
 - Edward! – wydarłam się, otwierając drzwiczki furgonetki. – Edward!

wtorek, 13 września 2011

Kości, część 1.



Thaknx za komcie w prologu. Zgodnie z obietnicą, zamieszczam opowiadanie jeszcze z ,,Zaćmienia". Wątek Michelle coraz bliższej. Komentujcie! 
Postanowiłam pojechać do Jacoba. Tak, do Jacoba Blacka, do rezerwatu La Push. Mimo tego, że powiedział, że wolałby żebym umarła, przecież mnie przeprosił. Na imprezie z racji ukończenie liceum. Wtedy dostałam od niego bransoletkę  miniaturowym wilczkiem, który był zaczepiony o ogniwko bransoletki, którą zawsze nosiłam. Brakowało mi go. Jego głosu, jego spojrzenia, po prostu jego całego. Edward wrócił, ale nadal potrzebowałam widywać się z Jacobem. Jest moim przyjacielem. Dawno się nie widzieliśmy. Muszę mu o wszystkim opowiedzieć. Gdy tak sobie myślałam, nagle oprzytomniałam. Byłam już w rezerwacie. Zdziwiłam się, bo na dźwięk huku silnika mojej furgonetki, Jacob zawsze wybiegał powitać gościa, który właśnie do niego przyjechał. Dzisiaj jednak nikt nie przyszedł mnie powitać. Ciekawe czemu… Czyżby Jake gdzie wyjechał? Zasmuciłam się, a gdy dzwoniłam do drzwi już prawie wpadłam w panikę. Jacoba nie było w domu, dawno nie dzwonił, Charlie też dawno nie wspomniana co u Blacków. Może jednak coś się stało? Moje podejrzenia przerwał Billy, który otworzył drzwi. Uff, czyli wszystko w porządku.
- Witaj Bello, nie zaglądałaś tu dawno. Co tam słychać u Charlie’ego?
- Cześć. Dobrze cię widzieć. U nas wszystko po staremu. Jest może Jacob. – zapytałam. Nie miała ochoty rozmawiać monologiem, co ram robić i jak się czuje Charlie. Chciałam tylko zobaczyć co u Jake.
- Tak, jest u siebie w pokoju. Zapraszam.- to mówiąc usunął się do tyłu, abym mogła przejść.
- Dzięki. – to mówiąc ruszyłam na górę. Raz, dwa, trzy… wchodziłam po schodach starając się robić przy tym jak najmniej hałasu. Patrzyłam oczywiście pod nogi, żeby się nie przewrócić i czegoś nie złamać. Jeszcze tylko kilka stopni… Zapukałam do drzwi. Puk puk. Cisza. Jeszcze raz. Nie czekając na ,,proszę!” weszłam do Jacoba. Nie tego się spodziewałam. Mój przyjaciel smacznie sobie spał. Był taki  śliczny jak spał. Te włosy, ta śniada karnacja. Westchnęłam. Z jego twarzy zniknęły teraz wszelki oznaki agresji albo zgorzknienia. Patrząc na Jake’a można by założyć, że ma góra piętnaście lat. Postanowiłam usiąść w fotelu i poczekać, aż się obudzi. Jednak pokrzyżował mi plany. Gdy tylko zrobiłam pierwszy krok, głośno chrapnął i się obudził. Otworzył oczy i zaczął wodzić oczami po pokoju. W końcu jego oczy zatrzymały się na mnie.
- Boże, Bella. Przyjechałaś. – zaczął się podnosić i wstawać z łóżka. – Tak się cieszę. Jeszcze raz cię przepraszam, nie powinienem tego mówić. Przepraszam. – to mówiąc objął mnie swoim niedźwiedzim uściskiem i razem upadliśmy na łóżko. Leżeliśmy tak przez kilkanaście minut, rozmawiając o szkole, problemach, egzaminach… błahych sprawach, które nie miały większego znaczenia. Nie za bardzo też mnie obchodziły, więc potakiwałam tylko z grzeczności. Nagle Jake się lekko ożywił.
- Hej, Bella, chodźmy się gdzieś przejść. Muszę z tobą pogadać.
- Dobrze. – zgodziłam się. Pomógł mi wstać i chwilę potem schodziliśmy już ze schodów.

- Tato, idziemy się przejść. Na  razie – krzyknął.
- Bawcie się dobrze. Cześć.- odkrzyknął nam Billy. Był w saloniku i chyba oglądał jakiś mecz baseballowy, bo jego ton głosu świadczył o tym,  że myślami jest daleko. Może aż za daleko. Jacob zamknął za mną drzwi i  poszliśmy na spacer.
- Chciałem z tobą porozmawiać. – dokładnie akcentował każdy wypowiadany wyraz. Wpatrywał się tępo w szosę i nie odrywał o dniej wzroku. Tak objawiało się u niego skupienie.

środa, 7 września 2011

Fragment prologu

Ponieważ miernie Wam idzie to komentowanie, zamieszam mały fragmencik prologu. Skomentujcie chociaż 5 razy. ;**
 

Kiedy Edward wrócił, wszystko nabrało kolorów. Wszystko się polepszyło. Nawet mój stan psychiczny. Ale to tylko pierwsza strona medalu. Jest też przecież druga. Jacob. Patrząc na to co napisałam kilka miesięcy temu, moje obawy były zupełnie śmieszne i niedorzeczne. Tyle się pozmieniało.Tyle rozmów, żalów i zapewnień, a wszystko po to, żeby potem stać się śmiertelnymi wrogami. Miałam nadzieje, że tak się nie stanie. Patrząc z oddali na rudowłosą wampirzycę, wilka walczącego z wampirem i mojego ukochanego Edwarda stojącego w mojej obronie, powoli żegnałam się z życiem.