czwartek, 25 sierpnia 2011

Promocja

Robię promocję. 10 nowych komentarzy= 1 nowe opowiadanie. Czyli: jeśli już tu jesteś i to czytasz skomentuj 2,3 opowiadania. Im więcej komentarzy, tym większa szansa na nowe opowiadania z sagi Zmierzch. A już niedługo... nowy wątek: Michelle. Wyprawa w góry, zachłanna koleżanka i kilka godzin poszukiwań. Nie przegapcie!

środa, 24 sierpnia 2011

Czas (Księżyc w nowiu)

- Biegnij, byle szybko.- usłyszałam jeszcze kiedy zdesperowana zamykałam w pośpiechu drzwi żółtego Porsche. Alice pojechała dalej, a ja zostałam sama, by znaleźć w tym ogromnym tłumie ludzi mojego ukochanego i pokazać mu, że żyję. Brzmiało to bardzo niedorzecznie, ale za nic w świecie nie pozwoliłabym mu zabić się z poczucia winy. Prawda była taka, ze teraz byłam sama pośród tysiąca Włochów i Włoszek idących na święto św. Marka. Nie znałam języka. Plac, muszę dotrzeć na plac. Powtarzałam w myślach moją mantrę, przebiegając i mijając przez wąskie uliczki i korytarzyki. Wydawało mi się ich nieskończenie wiele, może nawet dziesiątki, ale to pewnie przez to, że straciłam rachubę. Zaczęłam się denerwować. Setne sekund zamieniały się w sekundy, a te nieubłaganie tworzyły mijające minuty. Motałam się po ulicach Volterry, próbując znaleźć plac o którym wspominała Alice. Plac, plac, jak on się nazywał?! Cholera, mruknęłam, ale bardziej z rozpaczy niż ze złości. Czyli nawaliłam. Jak zawsze zresztą. Zaczęłam truchtem mijać kolejną uliczkę i kolejną, beznamiętnie spoglądając na innych. Nie rozglądałam się już za siebie, bo to nie miało sensu. Tak czy siak, nie znalazłabym placu. Poczułam, że łzy cisną mi się do oczu. Nagle oprzytomniałam.
-Oh!- wyrwało mi się. Przechodząc przez setny korytarzyk trafiłam na jakiś plac. Nie byłam pewna, czy to był ten, ale bardzo mi się spodobał. Kwadratowy, z czterech boków wychodziły właśnie te korytarzyki, którymi tutaj wyszłam. Na wprost mnie stała okazała wieża zegarowa. Zaczęłam rozpaczliwie przeszukiwać tłum ludzi wzrokiem, próbując uchwycić Edwarda. Zegar bezlitośnie ukazywał 11:58. Postanowiłam przebiec cały plac. Gorący, śródziemnomorski klimat nie za bardzo ułatwiał sprawy. Ale zaczęłam biec. Wpadłam na ludzi, bezustannie ich popychając. Nie chciałam myśleć czego mi życzą. Zresztą miałam to gdzieś. Nie to było mi w głowie. Myślałam tylko o nim. Nadzieja, że kiedyś go jeszcze zobaczę wzrasta we mnie z każdą sekundą, z każdym kolejnym krokiem, który wykonywałam. Tak bardzo się cieszyłam na tą myśl, lecz teraz, kiedy tak biegłam, moja kondycja zaczęła się wyczerpywać. Zaczęły mnie opuszczać moje siły, i dlatego zwolniałam, przechodząc w trucht. Byłam już wyczerpana sprintem, nerwami, wszystkim co mnie otaczało i wpływało na moją psychikę. Gdy tak sobie rozmyślałam, zegar wybił dwunastą. Serce przyśpieszyło, poczułam, że żołądek skręca mi się z nerwów. Wytrzeszczyłam oczy. Za późno. Zdałam sobie sprawę, z tego, że stoi przede mną fontanna, i nie mogę dalej biec. Choć było już za późno, mimo tego, że nie było we mnie ani krzty sił, chciałam dalej kontynuować to co zaczęłam. Fontanna była ogromna, obejście jej zabrało by mi o wiele więcej czasu niż przecięcie jej po średnicy. Wskoczyłam do niej, woda nie była taka zimna. Zamoczyłam się zresztą tylko po kolana. Kilka susów i od razu byłam po przeciwległej stronie.  To był dobry pomysł. Z dwóch powodów. Pierwszy, rzecz jasna to ten, że zajęło mi to bardzo mało czasu. Drugi: z kolejnego korytarzyka właśnie ktoś wychodził. Doznałam olśnienia. Krew zaczęłam szybciej krążyć  żyłach, a po plecach przeszedł dreszcz. To on. Nareszcie go znalazłam. Stał tam. Moje kochanie, mój grecki bóg, w którym tak bardzo byłam zakochana. Wszystko nabrało życia i kolorów.
- Edward! – krzyknęłam, ale co z tego; i tak mnie nie słyszał. – Edward!!!
Co ja wyprawiałam? Przecież nie przekrzyczę całego tłumu. Ostatni raz.
- EDWARD!!! – Brakło mi tchu. Zaczęłam biec. Musiałam przebiec te kilkanaście metrów. Na krzyczenie był czas potem. Kiedy zostanę sama. Kiedy nikt mnie nie będzie widział ani słyszał. Kiedy wreszcie przyłożę poduszkę do twarzy, a z oczu polecą pierwsze łzy. Przed oczami miałam taką wizję. Oni wyjadą. Otrząsnęłam się. Moje zamartwianie się dobiegło końca.  Rzuciłam się na szyję Edwardowi. Myślałam wciąż o wizji. Wiedziałam, że to mnie czeka. A przed nią wzburzony Charlie z pretensjami. Zaczęłam mocniej przytulać się do niego. Serce przyspieszyło, a dłonie zaczęły się pocić.
- Boże, jestem w Niebie. Szybko się uwinęli, nawet nic nie poczułem. – szeptał mi do ucha. Jego słowa odbijały się echem w mojej głowie. Jestem w Niebie. Miał taki wspaniały głos. Miękki, stanowczy, tak bardzo ujmujący. Szybko się uwinęli, szybko się uwinęli. Zaraz, o co mu chodziło? Szybko się uwinęli. Boże! On myślał, że nie żyje, że Volturi go zabili. Jestem w Niebie. Tak, z pewnością myślał, że go zabili.
 – Otwórz oczy, my żyjemy. Otwórz oczy! –byłam zdenerwowana. Tak długo go nie widziałam, tak bardzo chciałam go zobaczyć, ale teraz jak najszybciej pragnęłam mieć go z głowy. – Hej! Otwórz oczy, spójrz na mnie. Żyję, nie zabiłam się. Spójrz na mnie, wiedz, że żyję i sam nie próbuj się zabijać.
- odetchnęłam. Jeszcze te dwa słowa. – Możesz odejść.
Wreszcie! Za chwilę zostanę sama. Jeszcze tylko chwila, powtarzałam w myślach. Jednak sowa ,,możesz odjeść’’ dużo mnie kosztowały. Przez oczami stanęły mi cztery miesiące kolejnej agonii. Zapewne jeszcze nie raz musiałabym przez to przechodzić. Nie miałam już siły stanąć w pojedynkę z moją nową przyszłością. Więcej tego nie zniosę. Nie wytrzymam. Komu miałabym się zwierzyć i wypłakać? Zacznę obmyślać plan, pomyślałam. Plan, jak by się tu lekko uszkodzić, może pokaleczyć. Przez głowę przebiegało mi tysiące myśli i pomysłów. Żaden nie był dostatecznie dobry. Chciałam, żeby każdy w Forks po moim występku miał choć mgliste pojęcie o tym przez co przeszłam i jak cierpiałam. Nagle coś rozproszyło moją uwagę. Przecież to niemożliwe. Przecież… Tak, jednak to nie był sen. Na moich plecach poczułam dłonie Edwarda, które tuliły mnie mocno do siebie.
- Bello, - gdy wypowiadał moje imię mimowolnie drgnęłam. – Jedyny powód mojego wyjazdu to byłaś ty. Chciałem dać ci szansę na normalnie, ludzkie życie. To, że cię nie kocham, to był absurd. Kłamałem, a ty najzwyczajniej uwierzyłaś. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, ty po prostu uwierzyłaś że cię nie kocham. Tyle razy obiecywałem, że cię nie zostawię, że będę z tobą na zawsze, że cie kocham, a ty …- westchnął tylko, kręcąc z dezaprobatą głową. Delikatnie mnie pocałował. Tak dawno nie czułam zimnych, marmurowych warg na moich ustach. Wszystkie elementy skomplikowanej układanki, której nie byłam w stanie rozwiązać przez kilkanaście tygodni, nagle sama się ułożyła. Wszystko pasowało, każdy element. A najbardziej podobał mi się taki: Edward mnie kocha.

Listy,4 (Księżyc w nowiu)

Kochana Alice! Sprawa się wyjaśniła. Nie będziesz w stanie uwierzyć, co się dzieje. Jacob jest wilkołakiem. Tak jak Sam, Paul, Jared i Embry. To prawie niemożliwe. Te wszystkie stwory z legend. Dlaczego nic nie jest normalne? Ale przynajmniej już wszystko wiem. I nam obu jest teraz lepiej. Wszyscy mają krótkie włosy i są niesamowicie napakowani jak na swój wiek. Jeździliśmy motorami, ale rozwaliłam sobie głowę, więc Jacob dał mi szlaban na motory. Niby nic wielkiego, ale bez jazdy znów czuję się sama. Jake nawet nie przypuszczał, że robiąc to co zrobił  motorami, zada mi tak ogromny cios. Tak jak napisałam wcześniej, bez jazdy, bez motorów, bez huku silnika nie mam co robić. Jacob poluje z resztą na Victorię, a Charlie w lesie poluje na Jacoba. A mnie ogarnęła nicość. Jeżdżąc widywałam Edwarda. Teraz go nie widzę. A w mojej wyobraźni był jak prawdziwy. W Forks nie było żadnych atrakcji. Nie było niczego, co rozbudziło by mnie na tyle, by w moich żyłach znów zahuczała adrenalina. Ale nie poddam się. Znajdę coś, by znów go przywołać. Dam Ci znać, jak coś wymyślę. Trzymaj się. 

Listy,3 (Księżyc w nowiu)


Nawet nie wiesz, co się wydarzyło. Jacob mnie zostawił! Zerwał ze mną. Zostałam sama. Nie mam z kim porozmawiać, z kim się pośmiać. Spotkania z nim były jak oddychanie: łatwe, naturalne i odruchowe. A dzisiaj zostałam sama, już na zawsze. Dopóki Victoria nie przyczyni się do mojej śmierci. Nikt się do mnie nie odzywa, ale tego nie oczekuję. Oprócz Was z nikim nie rozmawiało mi się tak łatwo. Nie wiem co jest grane z Jakiem, ale za wszelką cenę muszę dowiedzieć się co. I dowiem się. Jestem tego pewna. Będę próbowała zatrzymać go przy sobie. Bella.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Listy,2 (Księżyc w nowiu)


Alice, stan otępienie zniknął na dobre. Nie smucę się jednak, bo jest Jacob. Naprawiając razem motory nareszcie czuję, że żyję. Przebywając z Jakiem jest mi łatwiej. Z nim potrafię jakoś się śmiać, rozmawiać i jest z tym dobrze. Lecz nawet ktoś tak wspaniały jak on nie umie do końca do mnie dotrzeć. W nocy nadal powracają koszmary. Błąkam się po lesie bez celu, nie wiedząc na co czekam. Chodzę tak w kółko dopóki się nie obudzę. A potem przychodzi taka myśl, że Victoria mnie dopadnie. Dopadnie i zabije. Jake mnie rozumie, ale jest tyle rzeczy o których nie mogę mu powiedzieć. Nie wiem, czy to czytasz, ale wiedz, że brakuje mi Ciebie. Kocham Cię jak siostrę, i tęsknię. Odpisz, Bella.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Listy, 1 (Księżyc w nowiu)

Droga Alice, stan otępienia już mnie nie chroni.Zaczynam słyszeć głosy wszystkich osób, których nie słyszałam. Zaczyna do mnie docierać to, co jeszcze kilkanaście dni temu nie miało najmniejszego znaczenia. I najgorsze, co się zaczyna: zaczęłam myśleć o nim. Myślę, co robi, gdzie jest, co się w okół niego dzieje. Snuję różne hipotezy na temat jego osobowości.Nie wiem czemu, ale kiedy tak sobie rozmyślam, odrobinę mi lepiej. Jednak trochę żałuję. W stanie który mnie opuścił, byłam w stanie wyłączyć się na cały dzień. Ciałem byłam w szkole, odrabiałam lekcje, ale duszą byłam zupełnie gdzie indziej. Nawet sama nie do końca wiem, gdzie wtedy mogłam być. Przypuszczam, że u  boku tego, który mnie zostawił. Otępienie było najlepszą rzeczą która przytrafiła mi się od września. Nic wtedy nie dopuszczało bodźców zewnętrznych do mojego ciała. Nie słyszałam nic, do wydawało by mi się niepotrzebne, bezużyteczne. Najgorsze w tym wszystkim jest, że nie wiem jak znów popaść w ten stan. Chciałabym sprawić, żeby ktoś znów odciął mnie od świata, w którym i tak nie miałam ochoty przebywać. Nie mam ochoty przebywać w towarzystwie znajomych. Najlepiej mi samej, z głosem Edwarda i jego obrazem w mojej głowie. Może zwariowałam, ale to nic. Jeśli tak mam sobie pomóc, to mogłabym siedzieć całymi dniami i wyobrażać sobie, że on gdzieś jest. Tak mi dobrze. Ale Alice, tak dawno nie rozmawiałam sobie z kimś, kto mógłby mnie choć trochę zrozumieć. Z kimś, kto rozumiałby moją sytuację i jakoś temu zaradził. Alice, brakuje mi Ciebie. Chcę trochę z Tobą porozmawiać. Proszę, odezwij się. Bella

niedziela, 14 sierpnia 2011

Ogień ( Zmierzch)

Leżałam na chłodnej podłodze i wiłam się z bólu. Tak, dosłownie. Coś paliło mnie w rękę. Ból jednak rozszedł się po całym ciele i przenikał wszystko: moje kości, ścięgna, tak, nawet żyły. Tyle, że w żyłach płynęła krew i wraz z nią nie ból tylko...ogień. Temperatura mojego ciała była znośna, potem zrobiła się coraz bardziej gorętsza, aż w końcu przestała rosnąć i zatrzymała się na jakiś 40stopniach. Wszystko mnie teraz bolało, szczypało i piekło. Byłam jak tykająca bomba, która miała za kilka sekund wybuchnąć i poturbować wszystko co znajdowało się w jej pobliżu. To było jak tortury fizyczne i psychicznie też może. Chciałam ze wszelką cenę opuścić moje ciało i wstąpić w inne, byle jak najdalej od tego kłębka bólu. Moja dusza siedziała teraz w ciele i cierpiała jak ja. W gruncie rzeczy wiedziałam na wieczność już w nim pozostanę. W tak bladym jak mój ukochany Edward. Edward? No tak, na dźwięk tego imienia w mojej głowie od razu oprzytomniałam. Nagle wszystko się ułożyło. Każdy element układanki, nawet ten najmniejszy. Każdy. Przyszłam tu, aby uratować moją mamę, ale jej tu nie było. A potem pojawił się Edward i James mnie ugryzł i jego jad teraz krążył po moim ciele jak duch, demon śmierci, trapiący mnie z każdą sekundą mocniej.
- Edward! Palę się!- zawyłam. Dlaczego nic nie robili? Przecież coś powinni. Carlisle musiał wiedzieć co robić. Tak sobie rozmyślałam, cały ten czas rzucając się po podłodze. Zapadałam w odrętwienie.Na powrót wróciły moje marzenia o śmierci. Taki nieubłagany stan dla każdego przychodził w swoim czasie. A w moim przypadku to już był ten czas. Za chwilę śmierć po mnie przyjdzie, odciągając na zawsze od wszystkiego. Tak, teraz tego najbardziej pragnęłam. 
Na powrót otrzeźwiałam i
Leżałam na chłodnej podłodze i wiłam się z bólu. Tak, dosłownie. Coś paliło mnie w rękę. Ból jednak rozszedł się po całym ciele i przenikał wszystko: moje kości, ścięgna, tak, nawet żyły. Tyle, że w żyłach płynęła krew i wraz z nią nie ból tylko...ogień. Temperatura mojego ciała była znośna, potem zrobiła się coraz bardziej gorętsza, aż w końcu przestała rosnąć i zatrzymała się na jakiś 40stopniach. Wszystko mnie teraz bolało, szczypało i piekło. Byłam jak tykająca bomba, która miała za kilka sekund wybuchnąć i poturbować wszystko co znajdowało się w jej pobliżu. To było jak tortury fizyczne i psychicznie też może. Chciałam ze wszelką cenę opuścić moje ciało i wstąpić w inne, byle jak najdalej od tego kłębka bólu. Moja dusza siedziała teraz w ciele i cierpiała jak ja. W gruncie rzeczy wiedziałam na wieczność już w nim pozostanę. W tak bladym jak mój ukochany Edward. Edward? No tak, na dźwięk tego imienia w mojej głowie od razu oprzytomniałam. Nagle wszystko się ułożyło. Każdy element układanki, nawet ten najmniejszy. Każdy. Przyszłam tu, aby uratować moją mamę, ale jej tu nie było. A potem pojawił się Edward i James mnie ugryzł i jego jad teraz krążył po moim ciele jak duch, demon śmierci, trapiący mnie z każdą sekundą mocniej.
- Edward! Palę się!- zawyłam. Dlaczego nic nie robili? Przecież coś powinni. Carlisle musiał wiedzieć co robić. Tak sobie rozmyślałam, cały ten czas rzucając się po podłodze. Zapadałam w odrętwienie.Na powrót wróciły moje marzenia o śmierci. Taki nieubłagany stan dla każdego przychodził w swoim czasie. A w moim przypadku to już był ten czas. Za chwilę śmierć przyjdzie, odciągając na zawsze od wszystkiego. Tak, teraz tego najbardziej pragnęłam. 
Na powrót otrzeźwiałam i wydało mi się, że wszystko słyszę. Po chwili zrozumiałam, że słyszę tylko lakoniczne sylaby wypowiadane przez obecnych na sali. Na swojej głowie poczułam palce Edwarda, Carlisle grzebał w moim udzie, a Alice klęczała przy nas, trzymając mnie za rękę. Nagle ból wzmógł się z niebywałą siłą. Zaczął mną szamotać na lewo i prawo. Czegoś takiego jeszcze nie doświadczyłam. To było coś o niebo gorszego od łamania nogi, ręki czy nadgarstka, choćby i dziesięć razy. Zaczęłam się trząść i jęczeć głośno. Chyba to zauważyli, bo palce Edwarda zacisnęły się mocniej na mojej czaszce. 
- Bella, jeszcze tylko chwilę. Zaraz cię uratuję. Zaufaj. - jego głos był opanowany, jak zawsze. Ale aż zdziwienie brało, że nawet w takiej sytuacji potrafił się tak opanowywać. Nie wiedziałam czy tak to mówi, żeby mnie uspokoić, że to minie, czy naprawdę tak się miało stać, ale uwierzyłam mu z niewyobrażalną siłą. Poczułam, że podnosi moją kruchą rękę do góry i zaraz po tym poczułam w miejscu ugryzienia jego wargi. więc naprawdę mi teraz pomagał. Oh! Jak bardo mnie to ucieszyło. Narescie ktoś wyciągnął do mnie przyjazną dłoń. Nareszcie ktoś zrozumiał moje cierpienie i postanowił mi pomóc. O dziwo ból przybrał na sile. Zdumiona przeniosłam, wzrok na Edwarda. Ale tego nie zrobiłam. Uświadomiłam sobie, że cały czas miałam zamknięte oczy. Podniesie powiek, choćby na milimetry stanowiło przeszkodę nie do przejścia. Zdałam się na moje inne zmysły, a mianowicie na dotyk i ból, jeśli to drugie można było nazwać zmysłem. Poczułam zaraz zimno... przyjemny chłodzik, a za chwilę ręka zrobiła się lodowata. Ale to było o wiele, wiele lepsze od tego okropnego gorąca. Dłonie na moim nadgarstku zaczęły się zaciskać i po chwili znów się rozluźniały. Uścisk jednak wzmocnił się i takim pozostał, kiedy zmęczona nareszcie zasnęłam. 

Burza (Zmierzch)

Tak, to nie był sen. Charlie wchodził po schodach. Tup, tup, tup. Odgłosy,które wydawały schody były takie same jak krople deszczu uderzające o szybę - tak samo denerwowały i przeszkadzały skupić się czy zasnąć. Nagle tupot ucichł, czyli Charlie szedł już po płaskiej powierzchni. Nie wiedziałam co robić: w pokoju było ciemno; przyszło mi na myśl, żeby zapalić świeczki, ale Edward mnie uprzedził. Poniósł się i zapalił lampkę na moim biurku, zanim Charlie otworzył drzwi do pokoju.
- Cześć tato. - bąknęłam. Byłam bardzo skrępowana nim i jego spojrzeniem jakie posłał Edwardowi.
- Eee... - zaczął - Chciałem się upewnić, czy śpisz, ale widzę, ze masz tu nocnego gościa. Możecie mi wytłumaczyć co wy tu wyprawiacie?!
W głowie mi szumiało. Co miałam mu powiedzieć? Tato, Edward wskoczył przez okno i właśnie mnie obwał, bo bardzo ładnie pachnę. Albo coś lepszego: moja krew pachnie tak ponętnie, że Edward nie mógł się powtrzymać i zaczął mnie wąchać, a ty nam przeszkodziłeś. Obie wersje brzmiały dziecinnie i niedorzecznie.
- Bella, zadałem pytanie... - 'a ja nie mam ochoty na nie odpowiadać' miałam ochotę tak właśnie powiedzieć. - Dlaeczgo nic mi nie powiedziałaś? Nie mam nic przeciwko, ale mogłaś mnie uprzedzić.
- Bo eee... - zaczęłam się jąkać. Rozejrzałam się  po pokoju. Na łóżku pościel nie była tak strasznie rozrzucona, a na biurku paliła się lampka i był otworzony brudnopis.
- Eee, no widzisz, nie jestem pewna, czy mogę Ci o tym mówić, ale...- ciągnęłam swój monolog chcąc robić tak jeszcze przez długi czas, ale nie wiedziałam jak go rozwinąć.
- Widzisz Charlie - zaczął Edward. Postanowił przejąć inicjatywę. Żeby tylko brzmiał dość przekonująco! Modliłam sięw duchu, zeby tak się właśnie stało. - moja siostra,Alice niedługo obchodziurodziny. Postanowiliśmy zrobić jej niespodziankę. Właśnie rozważamy przyjęcie- niespodziankę. Chciabyć dodać jakieś za albo przeciw?
Pod koniec swojego wywodu uśmiechnął się szelmowsko i sporzał na Charlie'go.
- Skoro tak, to jak najbardziej. Możecie sprawić Alice przyjemność. Jesli potrzebjecie jakieś rady, to pytajcie. Daję wam jeszcze godzinę. Bawcie się dobrze.
To mówiać wyszedł. Odetchnęłam. Spodziewałam się burzy, a spotkał mnie tylko przelotny deszczyk.
- Widzisz, podstawa to zachować spokój i racjonalne myślenie.
- tak, tylko u mnie to nie zawsze się sprawdza.  uśmiechnęłam się kwaśno. - A Charlie przyie tu za godzinę na kontorlę.
- Spokojnie, do tego czasu już bedziesz spać przy mnie, a jak się pojawi, to na parę minut
wyskoczę przez okno.
Zdałam sobie sprawę, że jestem bardzo zmęczona. Jednak dzień w szkole, potem gotowanie obiadu, zmywanie, praca domowa i telewizja potrafią człowieka nieźle otumanić. Jak Internet otumania młodych uzależnionych. Przybrałam na powtór pozycję leżącą, a Edward znalazł się przy mnie. Zaczął nucić ,,moją kołysankę'', a ja po minucie odpłynęłam, mając nadzieję, że tak już zostanie.

Świeczki (Zmierzch)

Weszłam do łazienki.Odetchnęłam. Nareszcie chwilka spokoju, pomyślałam. Drugi wdech... i zaczęłam wieczorne mycie. Po prysznicem zaczęłam się powoli myć. Po dniu pełnym wrażeń w końcu poczułam się zrelaksowana i odprężona. Zapach mojego szamponu wypełnił całą łazienkę. ten właśnie zapach podobał mi się bardzo, ale nie bardziej niż zapach Edwarda. Nie wiedzieć czemu potem przez cały czas zaczęłam o nim myśleć.  Pobieżnie wytarłam się ręcznikiem i założyłam piżamę. Wyszczotkowałam zęby i zabrałam się do suszenie włosów. Tej czynności nienawidziłam od zawsze. Mokre włosy posklejały się w pojedyncze strąki, z których ściekała woda. Brr... Czym prędzej wyjęłam z szafki suszarkę i ją włączyłam. Ogarnęło mnie ciepłe powietrze, którym rozkoszowałam się przez chwilę. W lesie, jak to przystało na marzec, było jeszcze zimno. Staliśmy tam przez dobra półtorej godziny, nie ruszając się. Ja, jak to ja, oczywiście przemarzłam do szpiku kości. Upajałam się gorącymi podmuchami powietrza, świadoma, że wciąż potrząsają mną dreszcze. Wiedziałam, ze z kosmyków woda cieknie już na całego, dlatego skierowałam podmuchy na moją głowę. Po kilku minutach ( które minęły zaskakująco szybko) zbierałam już porozrzucane po podłodze ubrania. Zeszłam jeszcze na dól pożegnać się z Charliem. Weszłam po schodach na górę z powrotem i rzuciłam się do klamki. Byłam bardzo zmęczona i chciałam jak najszybciej położyć się spać. Nie wiem czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, gdy otwierałam drzwi. Na moim łóżku leżała nie kto inny, tylko mój ukochany Edward.
- Oh! - wyrwało mi się. Poczułam się dziwnie. Już ile razy Edward odwiedzał mnie i stawał się moim nocnym gościem, ja nie mogłam do tego przywyknąć. Rzuciłam ubrania na fotel, a kosmetyczkę ostawiłam na biurku i usiadłam obok niego. Natychmiast pokrzyżował moje plany. Przyciągnął mnie do siebie i spojrzał w oczy.
- Nie potrafiłem się powstrzymać. Musiałem cię odwiedzić. - zaczął się tłumaczyć. Tego właśnie nie lubiłam, gdy ktoś się tłumaczył, rozżalał albo coś podobnego.
- Cii... - położyłam palec na jego zimnych ustach. - Przejdźmy do przyjemniejszych rzeczy, dobrze?
W pokoju panował półmrok, ponieważ na biurku paliły się jeszcze trzy świeczuszki, które dostałam w prezencie od Renee dawno temu.
- Skoro chcesz.- przytaknął. Zdziwiłam się, bo rzadko ustępował. Podniósł się i jednym wydechem zgasił świeczki. Ogień przechylił się na prawo, lewo, znów na prawo i powoli zmniejszając się, zgasł ukazując na sekundę samo niebieskie światło. Zapadła ciemność. Wpatrywałam się w nią jeszcze przez chwilę, nim poczułam na szyi oddech Edwarda.
- Mmmm...- rozkoszował się moim zapachem.jego oddech był wyrównany, jak zawsze, a mój nierówny, przyspieszony, też jak zawsze. Zawsze nad tym ubolewałam. Nie potrafiłam zachować ,,zimnej krwi" w różnych sytuacjach. - Pachniesz tak ponętnie. To mówiąc przysunął się do mnie jeszcze bliżej i zaczął delikatnie muskać mój obojczyk, tors, potem szyję, a w końcu jego wargi zatrzymały się na moich ustach i złożyły gorący pocałunek. Byłam zaskoczona, bo wiedziałam, że mocno przekraczamy granice. Edward objął mnie i przeniósł z łóżka na siebie, tak, że teraz leżałam na nim. Stawał się coraz bardziej czuły. Całował mnie namiętniej, a ja czułam się lepiej niż kiedykolwiek. Jego zapach, intensywniejszy niż zawsze pieścił moje nozdrza. Odczuwałam lekkie zawroty głowy. Przysunęłam moje dłonie i wsunęłam je w jego włosy. Nagle zamarzliśmy. Po schodach wchodził Charlie, żeby sprawdzić, czy na pewno śpię.

Co o tym sądzicie? Napiszcie komentarz.  hehe