niedziela, 9 października 2011

Nigdy bym na to nie wpadła


Drr…. Drr… Obudził mnie dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegar. Dopiero wpół do dziewiątej. Kto to mógł być? Drr………… Zerwałam się z łóżka.
- Mamo, otworzę!!! – krzyknęłam. Dopiero po chwili pomyślałam ,,ach, głupota”. Przecież mama była już pracy. Migiem pokonałam schody i przed kolejnym Drr, byłam już przy drzwiach. Otworzyłam je. No tak, JACOB. Ale co chciał?
- Hej. Mieliśmy się przejść na spacer. Pomyślałem, że możemy dzisiaj. Jeśli chcesz, oczywiście. – no tak. Spacer. Zapomniałam.
- Cześć Jacob. Tak, możemy się przejść. Tylko daj mi minutkę, dobrze? Muszę się ubrać i coś zjeść. To może wejdziesz?
Nie chciałam, żeby przecież stał przed drzwiami. Było w nim coś takiego, czego nie dało się opisać. Był niby zwykłym nastolatkiem, ale jego ton głogu, wygląd… Gdybym go zobaczyła na ulicy dałabym mu ze 20 lat.
- Pewnie. Mamy dużo czasu. Cały dzień. Poczekam w salonie.
- Zaraz wrócę. – rzuciłam i pobiegłam na górę. Wzięłam z szafy ciemne treginssy i z górnej półki sięgnęłam koszulę, tą od mamy. Zapowiadał się chyba ciepły dzień. Do szarej torebki wcisnęłam pośpiesznie komórkę, 10 dolców i klucze. Poszłam do łazienki się obmyć. Darowałam sobie prysznic; brałam go wczoraj na wieczór. Obyłam twarz, i z jeszcze raz weszłam do pokoju, założyć rzymianki. Uczesałam jeszcze włosy w kucyka: nie chciało mi się eksperymentować. Ostatnio zaczęły mi się kręcić końcówki. Nie byłam z tego zadowolona. Moim marzeniem było posiadanie pięknych, czarnych i przede wszystkim długich włosów. Niestety, chyba nie tak miało być.
 Zbiegłam na dół. W kuchni przygotowałam sobie małą kanapkę z dżemem. Nie byłam głodna. Z talerzykiem w ręku przeszłam do salonu.
- Może się czegoś napijesz? – zapytałam.
- Nie, dziękuję. Nie jestem głodny. – tak jak ja, pomyślałam. Jacob wpatrzony był w okno. Nad czymś intensywnie myślał, to odczytałam z wyrazu jego twarzy . Ale o czym to wiedział tylko on. Westchnęłam tylko.

Mijały minuty...


I kolejne...


...






Naprawdę długo milczeliśmy.  To było trochę niezręczne.
- Twoja mama jest w pracy? – było to raczej potwierdzenie niż pytanie. Kończyłam już kanapkę.  Pokiwałam głową.
  -Tak sądzę. –  Uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, gdzie teraz jest mama. Jacob tylko się uśmiechnął. – Przepraszam, że nie jestem wystarczająco poinformowana, ale mieszkam z nią od paru dni.
- Przedtem mieszkałaś z tatą? – zapytał. Jak dobrze wyczuł, o czym chciałam z nim porozmawiać. Z kimkolwiek.
Opowiedziałam mu o tacie, jego pracy, domu, szkole, mieście, w którym mieszkałam i o mamie, o wszystkich wrażeniach jakie tu odniosłam. Kiedy moja opowieść dobiegła końca spacerowaliśmy wzdłuż plaży.
- Czyli jak mieszkałaś w Houston bardzo ci się podobało?- 
- Tak, mieszkanie z tatą było przyjemne. Wiesz, mało dzieci po rozwodzie chce mieszkać właśnie z tatą. Większość preferuje matki. A ja wolałam od zawsze tatę. To bardzo samolubne. – przyznałam. Kiedy ona pracowała razem się bawiliśmy i takie tam. Nie za bardzo lubię mówić o moich rodzicach.
Tak, nie za bardzo lubiłam o nich mówić. Zwłaszcza jak musiałam powiedzieć prawdę.
- Jak sobie życzysz, koniec tematu.- podsumował. Spojrzałam w dół. Nagle dotarło do mnie, że spacerujemy bardzo blisko siebie. Nasze ręce dyndały sobie też dosyć blisko. Mijały sekundy… Kolejne… Klap! Zderzyły.
- Ups… Sorki. – powiedzieliśmy prawie jednocześnie. I wybuchnęliśmy śmiechem. Też prawie jednocześnie. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że jego dłoń była bardzo ciepła. Prawie parzyła. Jak … jak u wilkołaków. Zamarłam w duchu. Nie wiedzieć czemu, ale zaczęłam ten wątek.
- Jacob, chciałabym cię o co zapytać. Tylko nie weź mnie za jakąś wariatkę albo kogoś, dobrze?
- Jasne. Wal śmiało.                       
Odchrząknęłam.
- W szkole miałam przyjaciółkę.
- Domyślam się. – wszedł mi w słowo. Dałam mu sójkę w bok i ponownie podjęłam wątek.
- Nie przerywaj. – odgarnęłam włosy na bok. – Uwielbiałyśmy straszne historie. No wiesz duchy, wampiry, demony i takie tam. Słyszałeś o wilkołakach?
Jake jakby trochę się wystraszył.
- Tak, obiło mi się o uszy. – jednak jego głos wskazywał na to, że wcale nie był zdenerwowany.
- A co ty na to, jakbym ci powiedziała, że tak przyjaciółka była wilkołakiem?
- Hm… nie robisz sobie ze mnie żartów? – zapytał podejrzliwie.
- Co ty! Absolutnie nie.
- Więc ja bym na to odpowiedział: dobrze wierzę ci. Wierzę także, że wilkołaki istnieją. 
I jeszcze raz Mitchell. Jak Wam się podoba? Trochę głupie opowiadanie, ale wtedy miałam średnią wenę. Były lepsze, no nie? Komentujcie, co o tym myślicie.

sobota, 8 października 2011

Wrażenia

Zupełnie nowa postać - Mitchell. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. A teraz coś, co miałam zrobić już dawno, ale trochę brakowało mi odwagi. 
Opowiadanie dedykuję Hance.
Bo bez Ciebie nie było by tego bloga. 
Dzięki, jesteś super! ;*

Z Houston do Forks jest przeszło dwa tysiące kilometrów. Tyle właśnie dzieliło mojego ojca od mojej mamy. Czasami zastanawiałam się co ich tak naprawdę rozdzieliło. Pieniądze, kilometry ( bo tata często wyjeżdżał) czy po prostu brak miłości? Nie mogłam jednak narzekać na ich kontakty, zawsze byli lojalni wobec mnie. I miałam nadzieję, że tak właśnie już zostanie. Jednak w głębi serca czułam, że będę tęsknić za tatą. Był bardzo … nowoczesny. Często rozmawialiśmy. Chodziliśmy po sklepach zarówno z damską i męską odzieżą. Pozwalał mi się malować, nie za często, oczywiście, ale pozwalał albo wyjść gdzieś z koleżankami na wieczór. Będzie mi go brakować. Zwłaszcza, że na początku nie będę znała swojej mamy prawie wcale. A przez najbliższe 2 lata miałam z nią mieszkać. Pod jednym dachem. W takiej małej miejscowości La Push. Żadnych znajomych. Żadnych koleżanek. Bardzo pod górkę. Ale dam sobie radę. Przynajmniej taką właśnie miałam nadzieję. Z takim postanowieniem zamknęłam drzwi taxi i ruszyłam z walizkami do nowego domu.
2dni potem
Okolica nie jest znów aż taka mała. Dużo spaceruję, bo chcę ją poznać. Żeby potem wiedzieć gdzie co jest i nie pytać się przechodniów.
Dom jest wspaniały, o niebo lepszy niż u taty. Jest parter i piętro. Mam wspaniałe łóżko. Z baldachimem, dość wysokie. I bardzo, bardzo miękkie. Pościel też śliczna. Biała i aksamitna, z wielkimi, granatowymi motywami kwiatowymi. Na piętrze mam też swoją malutką łazieneczkę. Z szafeczką i prysznicem. Mieszkanie bardzo przytulne. Salon także. Dwie kanapy, ze stoliczkiem po środku. Leżały na nim czekoladki i kilka rodzajów bakalii w miseczce. W korytarzach wisiało pięć obrazków, kiedy przyjechałam. Na każdym był: arbuz, kiwi, winogrono, pomarańcza i banan. Moja mama chyba gustuje w sałatkach owocowych. Tak, w ogóle to gdy przyjechałam wyściskała mnie, ucałowała i serdecznie przywitała w domu. Gotuje też całkiem nieźle. Na kolację zjadłyśmy pizzę, którą samodzielnie upiekła. A dzisiaj obkupiłyśmy supermarket z owoców. Chyba wszystkie: jabłka, banany, wiśnie, kiwi, gruszki, brzoskwinie. Bardzo mi się podobało Z domem się już oswoiłam. Gorzej z życiem towarzyskim. Jest początek wakacji. Dużo osób wyjechało. W okolicy jest kilka sklepów odzieżowych i obuwniczych. A w Port Angeles nawet galeria handlowa! Ale najbardziej brakuje mi Kathy. Moja przyjaciółka- wilkołak. Mimo to rozumiała mnie najlepiej ze wszystkich. Ciepło ją wspominam, ale nasza przyjaźń chyba nie przetrwa tak długiej rozłąki. Pogodziłam się z tym, nie rozpaczam. Życie toczy się dalej. Trzeba iść do przodu, żeby nie zatrzymać się w miejscu i nie ugrzęznąć.
Następnego dnia
Moja sytuacja się polepszyła. Poznałam Jacoba, syna Billy’ego. Billy był bliskim przyjacielem mojej matki. Fajny chłopak. Obiecał, że mnie oprowadzi po La Push i pobliskich okolicach. Może jednak kogoś poznam przed rozpoczęciem szkoły. Ta myśl podniosła mnie na duchu. Może Jacob stanie się moim przyjacielem?
Dzisiaj wybrałyśmy się na zakupy. Do galerii. Mama nie bawi się w półśrodki. Musiałam zaopatrzyć się w ciepłą odzież. Kupiłam czarny sweterek, parę jasnych spodni i dwie bluzy. Jedna rozpinana, szara a druga wkładana przez głowę. Z napisem I NY, oczywiście. Mama,  chcąc się chyba wykazać z dobrej strony sprezentowała mi koszulę w kratkę, a podkoszulkiem. Wszystko świetnie. W niedalekiej przyszłości muszę sobie kupić jakieś trampki albo coś podobnego. Moje najgrubsze buty to rzymianki. Miałam sporo butów, ale prawie wszystkie nadawały się do wyrzucenia, biorąc pod uwagę tutejszy klimat. Moja cała garderoba składała się na krótkie bluzeczki, spodenki, sukienki, etc. Miałam jedną parę starych dżinsów i ze trzy bluzki z długim rękawem. Nie za bardzo byłam usatysfakcjonowana. Nagle moje myśli powędrowały innym szlakiem. Dotychczas jeszcze nie przecieranym przez mnie. Całkiem nowym. Tym szlakiem był Jacob Black. Nie wiedziałam czemu, ale bardzo się cieszyłam na myśl, że mamy się lepiej poznać. Nie znam go, rozmawialiśmy raptem przez kilkanaście minut. Ale wydaje miły i znajomy; tak jakbym mnie znał od dawna.
Zobaczymy.


środa, 5 października 2011

Wpojenie

Długo oczekiwane opowiadanie. Przepraszam, że wczoraj nie dodałam, ale lekcje, pierwszy angielski. Sami rozumiecie. Dzięki serdeczne za wszystkie komentarze. Kooocham Was! ;**
-  Bella! – krzyknął Jacob. Uśmiechnęłam się. No tak. Jak zwykle wydał mi się wyższy. Dobiegł do mnie w trzech susach. Jego oczy nie pasowały jednak do reszty ciała. Wydawał się szczęśliwy, ale w oczach krył się smutek. – dobrze, że przyjęłaś przeprosiny. Chodź, musimy się przejść…
- Coś nie tak? – zapytałam. Uhh.. znowu cos się święci. Jaki to poważny temat? Mam dość ,,poważnych tematów”. Są z nimi zawsze kłopoty.
- Bells, tak mało czasu nam się zostało. Nie zmieniliście terminu?- chodziło mu o moją przemianę.
- Tak. Za kilkanaście dni. – starałam się jak mogłam, żebym brzmiała spokojnie. Jake denerwował się, bo oddychał przez usta i zacisnął powieki.
- Pamiętasz o wpojeniu? – wykrztusił przez zaciśnięte usta.
- Pewnie. To taka silna miłość. Silniejsza o wszystkiego. – odpowiadałam jak grzeczna uczennica na lekcji, kiedy nauczyciel ją zapytał a ona znała doskonale odpowiedź.
- Tak. Mamy Sama, Jareda, Embry’ego. Ze swoimi wpojeniami. Grono zakochanych się powiększyło. Jest nowy.
Mówił tak spokojnie. Ale jakby z rozczarowaniem. Nie przypuszczałam, że to co usłyszę złamie mi serce. ,,Ktoś tam jeszcze trafił…”
- Boż, to chyba świetnie, nie? Paul, Quil czy Seth?I kto jest tą ukochaną?
Jacob patrzył na ziemię. Uporczywie i nieustannie. Utkwił wzrok w kamyczkach leżących na ziemi i milczał. Dlaczego nie chciał odpowiedzieć? Przecież dopiero sam poruszył ten temat. Dlaczego? Nagle nasze oczy się spotkały, a potem jego brwi uniosły się lekko. Zaraz potem opadły.
- To … ty? – wykrztusiłam. Byłam zszokowana. Po wszystkich narzekaniach, że jego nie to nie trafi, nagle Jake sam się poddał. Bez walki. Bez żadnego słowa protestu.
- Tak, to ja. Zdziwiona? – spytał. Teraz jego mina podpowiadała, że był bardzo rozgoryczony.
- No jasne! Przecież ja … my … ty mówiłeś… – brakowało mi słów. W pierwszej chwili cieszyłam się, że Jacob kogoś znalazł. Nie będzie taki samotny.  Miałam jeszcze tylko jedno rzeczowe pytanie. – Kto to?
W pierwszej chwil cieszyłam się ogromnie, że Jacob kogoś znalazł. Nie będzie taki samotny. Niedługo i tak miałam wyjechać i go zostawić. Ale zaraz potem moją radość zastąpiła jakby … zazdrość. Przed oczami stanęła mi wizja. Jacob z jego dziewczyną, weseli, na plaży, obejmujących się razem… Nie wiedząc czemu przy zachodzie słońca. Taak, w sam środek serca ukłuła mnie zazdrość. Czyli Jake już zapomniał o wszystkim co nas łączyło. Zapomniał, że kiedyś był zakochany w Belli. Wolał nową, lepszą, wolną, bez chłopaka-wampira. Poczułam cos jeszcze. Żal. Zawód. Ehh. Posmutniałam.
Miałam Edwarda, ale zaczęło mi już teraz brakować Jacoba. Oczy nagle zapiekły a łzy zaczęły się do nich cisnąć. Zamrugałam parę razy. Niespodziewanie Jacob zabrał głos.
- Mitchell. – o czym to ja mówiłam? Nie pamiętałam nawet o co pytałam. Ah! No tak, kto to jest. – Poznaliśmy się tydzień temu. Byłem wtedy w lesie razem z pozostałymi z watahy. Jej rodzice też się rozwiedli i teraz mieszka z mamą. Obserwowali ją od dłuższego czasu, ale byłem z nimi pierwszy raz od dłuższego czasu. Kiedy ją zobaczyłem ogarnęło mnie takie uczucie…- rozmarzył się na moment. Po chwili znów wrócił do rzeczywistości. – Nie da się tego opisać. Mniejsza o to. A co ty o tym sądzisz?- zapytał.
- Hmmm. – westchnęłam. Potrzebowałam chwili, żeby się uspokoić. – Sama nie wiem. Cieszę się, że będzie szczęśliwy.
Chciałam powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdobyłam się na odwagę. Czułam już od paru minut, że zaraz się rozpłaczę. Do tego potrzebowałam być koniecznie sama. Straciłam Jacoba. Byłam tego pewna. Straciłam. Czy prędzej wsiadłam do furgonetki, by pojechać do domu i wypłakać się Edwardowi.  

sobota, 1 października 2011

Kartki

Króciutka wypowiedź Jacob'a. Mam nadzieję, że się spodoba. Komentujcie mimo, że w sumie nie ma czego. ;p

Od tego wydarzenia minęło wiele czasu. Zaczęły się już treningi do walki z nowonarodzonymi. A Bella milczała jak zaklęta. Mimo stu tysięcy telefonów, wiadomości, karteczek i przeprosin, wszystko było tak jak było. Zacząłem już tęsknić. Pan pijawka miał przemienić Bellę za kilkanaście dni, a ja miałem się z nią nie pożegnać…
Jak mówiłam, bardzo krótka notka. A po niej coś co całkowicie wywróci życie Jacoba Blacka!!! Już jutro.

piątek, 23 września 2011

Kości, część 3

Ostatnia część tego opowiadania. Potraktujmy to jako naszą zgodę, dobrze Bello? ;**
Stał oparty o maskę samochodu, wyraźnie zaniepokojony. Musiał o czymś intensywnie myśleć, bo dopiero po kilku sekundach Musiał o czymś intensywnie myśleć, bo ocknął się dopiero po kilku sekundach i spojrzał na mnie. Biegłam do niego, aby jak najszybciej usłyszę jego głos.
- Bella, co ci stało?
- Złamałam rękę. Zawieziesz mnie do Carlisle’a?
- Oczywiście zaraz podjedziemy. Ale teraz rozprawię się z kundlem.
Nie wiedziałam skąd się dowiedział, ale z drugiej strony, to dobrze, że nie musiałam mu wszystkiego tłumaczyć.
- Te, wilk! – krzyknął w stronę Jacoba, który zaparkował obok volvo. Właśnie wysiadał. Odszedł od furgonetki i z obojętną miną spojrzał na Edwarda. – Nie zabiję cię z dwóch powodów. Bella wpadłaby w depresję, a ja miałbym cię na sumieniu. Ale wiedz, że jeśli kiedykolwiek odwieziesz ją do domu ranną lub kontuzjowaną, następnego dnia i przez cały następny rok nie ruszysz się z łóżka. – Jacob uśmiechnął się pogardliwie. No tak, wszystko się na nim błyskawicznie goiło. Edward chyba o tym nie wiedział. – Biorę pod uwagę te twoje wilcze geny. – a jednak! Jacobowie zrzedła mina. Teraz to on się uśmiechnął.
- Von do lasu! Mamy poważniejsze sprawy na głowie. I oddaj kluczyki  od furgonetki.- Są w stacyjce. – Jake wyraźnie posmutniał. – Bella, naprawdę mi przykro, że tak się załatwiłaś. Przyjedź jeszcze kiedyś.
To mówiąc odwrócił się na pięcie i pobiegł truchtem do La Push. Edward pokiwał głową i wsiadł do auta.
-  Przepraszam, że pozwoliłem ci ta pojechać. – powiedział i spojrzał mi w oczy. – Bello, nie powinnaś już tam jeździć.
- To nie twoja wina. A teraz proszę jeźdźmy, bo ręka daje mi się we znaki.
- Dobrze, za chwilę będziemy w domu. Jeśli chcesz, możesz ją przyłożyć do mnie. Przyniesie ci ulgę. Nie będzie tak bolało. – uśmiechnął się delikatnie. A ja posłusznie przyłożyłam moją złamaną kończynę. Rzeczywiście, po paru chwilach poczułam, że ból zelżał. Jadąc drogą cały czas miałam wrażenie, że przygląda nam się jakieś zwierzę. Był nim z pewnością wilk.

wtorek, 20 września 2011

Kości, część 2

- Słucham. – odpowiedziałam. Byłam już pewna o czym chce ze mną pogadać. Wiedziałam do czego zmierza. Od dawna już spodziewałam się, że taki moment nadejdzie. Chciałam mieć to już za sobą. Zdawałam sobie sprawę, że bardzo go raniłam. – O czym chcesz rozmawiać?
- Ja… - zawahał się. – muszę się dowiedzieć czy, czy macie już ustalony termin? – pod koniec zdania mówił już bardzo cicho.
- Tak, mamy. Koniec roku szkolnego, który dobiegł końca, środek wakacji. Ja, w przeciwieństwie do niego mówiłam spojonym i opanowanym tonem. Nie miałam ochoty się z nim żegnać. Nie wiedziałabym wówczas kiedy znowu się zobaczymy. Westchnął.
- Bello, skoro tylko jeszcze miesiąc jest nam dany, to dopóki bije w tobie serca, dopóty będę o ciebie walczył. Mniej więcej to właśnie miałem ci do przekazania. To i coś jeszcze.
- Jake…- zaczęłam, ale mi przerwał. Wziął mnie pod brodę. Jego ręce były takie ciepłe. Jak mu nie było gorąco w takim ciele? Na twarz wystąpiły mi kropelki potu.
- Bello, jestem w tobie zakochany. Kocham cię i proszę. Nie zmieniaj się. Chcę żebyś wybrała mnie zamiast tego krwiopijcy.
- Edwarda.- wtrąciłam.
- Jak zwał tak zwał, on zawsze pozostanie wstrętną pijawką. Ale Bella, pomyśl jak by to fajnie było jakbyśmy byli razem. Wszyscy byliby szczęśliwi. I ja, i Charlie, i Sam.
- Jacob, ale wtedy ja nie będę szczęśliwa. Jestem zakochana w Edwardzie. – idiotka! Dlaczego mu to powiedziałam? Będzie jeszcze bardziej cierpiał. Przez moją głupotę. Ale mówiłam dalej. – Zawsze był tylko on i wybiorę jego. To całe moje życie. Choćby nie wiem co.
- Będę walczył o ciebie, nawet jakbym z góry był skazany na porażkę. Wiem, że ty też kochasz. Jestem pewnie, że jakaś część ciebie pragnie mnie tak samo, jak ja ciebie.
Nareszcie skończył. Był takie uparty. Chciałam żeby spoważniał i dał sobie spokój z tą miłością. Chciałam znów Jacoba – nastolatka, który niczego nie komplikuje, który zawsze się uśmiechał i był zadowolony z życia. Wziął głęboki oddech. Myślałam, że chciał się uspokoić, ale miał inne plany. Złapał mnie za szyję jedną ręką, przechylając lekko do tyłu, a drugą wpiął mi się we włosy, by znaleźć się bliżej. Poczułam jego gorąco oddech na swoich ustach. Zaczął całować. Nie wiem, czy kiedykolwiek to wcześniej robił, ale był bardzo pewny siebie, za bardzo jak na pierwszy raz. Okładałam do pięściami po ramionach i barkach, ale na pewno nic nie poczuł. Zaczęłam się wiercić w miejscu. Mimo wszystko chciałam dać mu do zrozumienia, że jestem przeciwna temu, co ze mną wyprawia. Przybrał na sile. Robiło się już brutalnie. Rozbestwił się jeszcze bardziej. Poczułam po raz kolejny przyspieszony oddech. Zaczęłam się już niecierpliwić. Ile można? Gdzie ten czas, który tak szybko leciał?! Przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Po prostu się wyłączę, pomyślałam. Zwiesiłam ręce, rozluźniłam się na tyle, by móc tylko ustać w miejscu. Podziałało. Jake się odsunął i przyjrzał mi się z uwagą. Pocałował mnie jeszcze raz –krótko, szybko, tylko raz. Zaśmiał się cicho i przymknął oczy. Teraz jest odpowiedni moment, pomyślałam. Zamachnęłam się potężnie i z rozmachem uderzyłam Jacoba . Celowałam w policzek, ale trafiłam w nos. Chrup. Świetnie, złamałam mu nos. Ale zaraz poczułam okropny ból w dłoni. To jego powinno boleć, a nie mnie. Popłakałam się szybko, bo wszystko zrozumiałam. O nie, złamałam sobie rękę.
- Au, auć, boli. – krzyczałam, bo naprawdę bolało, nie powiem.
- Bella, co się dzieje? Boli cię ręka? Może przez to, że się tak szarpałaś. Pokaż, obejrzę ją. – był na tyle chamski, że po tym pocałunku odzywał się jak gdyby nigdy nic.
-  Nie, nie dam ci jej. Idę do domu, kundlu. Łapy przy sobie – dodałam groźnie, widząc, że się zbliża.
- Odwiozę cię do domu. No chodź.
Wiedział, że się waham. Do granicy było tylko kilka kilometrów, ale moja furgonetka wyglądała zachęcająco. Ręka dawała o sobie znać.
- Dobra, ale wiedz, że cię nienawidzę. Jak mogłeś mi to zrobić?
- Nie, udawaj. Tobie też się podobało.
Doszliśmy już do furgonetki. Otworzył mi drzwi od strony pasażera. Chciałam prowadzić, ale wsiadłam, bo ból coraz bardziej przybierał na sile. Jacob wsiadł do samochodu, wesoło pogwizdując.
- Bella, jeśli jeszcze będzie chciała mnie zaatakować, najpierw idź do sklepu i kup łom albo jakiś kij. – doradził mi.
- A zobaczysz, że tak zrobię. Co ci w ogóle strzeliło do głowy?- zaczęłam wyrzucać z siebie pojedyncze słowa. – Natychmiast wieź mnie do domu.
- Przecież jedziemy. Uspokój się, wiem, że ci się podobało. Pod koniec oddałaś się przyjemności. – jego bezczelność nie znała granic.
- Eh, i tak dopasujesz wszystko do własnej wersji wydarzeń. Nienawidzę cię.
- To nawet dobrze.
- Nawet dobrze? Nic mi się nie podobało! Cholera jasna, jesteś chamski i bezczelny. Co ty sobie myślisz? Edward ci tego nie daruje. Zobaczysz jak cię urządzi. – byłam żałosna z tymi obietnicami, ale mój gniew przeobraził się w coś na kształt bezsilności wymieszanej z rozpaczliwą złością. Zamilkłam. Nie miałam ochoty z nim dłużej gadać. Najpierw mówi, że wolałby żebym umarła, a teraz mnie całował. Jak mogłam być taka głupia i tu przyjechać?! Chciałam jak najszybciej znaleźć się przy Edwardzie. Zjechaliśmy właśnie z szosy na drogę. Jeszcze kilkanaście minut, powtarzam w myślach. Gdzieś tu musiała być granica, bo za zakrętem ukazało nam się srebrne volvo. Czyli Edward po mnie przyjechał. Jaką niesamowitą ulgę poczułam, kiedy go zobaczyłam. Dopiero teraz dotarło jak bardzo go pragnę i jak bardzo jestem od niego uzależniona.
 - Edward! – wydarłam się, otwierając drzwiczki furgonetki. – Edward!